środa, 1 lipca 2015

Poznań miasto doznań!

Kolejne zawody z serii DCDC za nami. Tym razem miały miejsce w Poznaniu.
Poznań to miasto do którego żywię nieskrywaną sympatię ze względu na lata w nim spędzone. Jednak ono chyba nie odwzajemnia tych uczuć, a przynajmniej nie jeśli chodzi o zawody. W zeszłym roku skończyło się niezbyt udanie. Jak?,  wszyscy wiedzą. W tym sezonie Poznań również okazał się średnio szczęśliwy.
Po naszym osobistym sukcesie we Wrocławiu, na kolejne zawody jechałam pełna pozytywnej energii i zupełnie pozbawiona stresu. Dla mnie samej było to dość dziwne gdyż z natury jestem osobą dość nerwową, ale cieszyłam się że ręce mi nie latają i serce nie bije pięć razy szybciej niż normalnie.
Do Poznania wybraliśmy się w piątek wieczorem. W sobotę na spokojnie wstaliśmy i z dość dużym zapasem czasu powędrowaliśmy do auta. Coś tam jeszcze pogrzebałam w bagażniku, sprawdziłam czy torba z dyskami jest i ciach zatrzasnęłam pokrywę ... wraz z kluczykiem w środku! Panika, płacz, nerwy itd. Nie będę tu opisywać szczegółów technicznych, ale na całe szczęście wspólnymi siłami udało nam się wydobyć kluczyk i ruszyć na Cytadelę. Straciliśmy prawie pół godziny, ale zdążyliśmy. Po drodze całe nerwy spowodowane powyższą sytuacją gdzieś magicznie odleciały i znów byłam wyluzowana jak mało kiedy.
Szybko nadeszła nasza kolej i weszliśmy na pole startowe, na pełnym luzie. Freestyle mieliśmy zacząć od sekwencji trochę innej niż we Wrocławiu, ale takiej która na treningach zawsze nam pięknie wychodziła, na treningach bo jak się okazało na zawodach już nie. Pierwszy over nie złapany, potem flip też kaszana, TEN flip który wałkujemy od ponad roku! który nie miał prawa nie wyjść! Tak mnie to wybiło z rytmu, że zupełnie zapomniałam co miało być dalej. W zasadzie cały nasz freestyle był kompletną improwizacją. Ten brak stresu który odczuwałam był chyba jakąś łaską z góry, bo gdybym do tego się denerwował nic kompletnie by z tego nie wyszło. A tak po pierwszej rundzie wylądowaliśmy chyba jako dziesiąty zespół od końca, nie najgorzej biorąc pod uwagę poziom w startersach.


Mimo tego że nasz występ nie pozostawił po sobie najlepszego wrażeni, nadal byłam w prześwietnym humorze. Czekała nas jeszcze oczywiście runda tossa, no i dogdiving uwielbiany przez Harrosława.
Z tossem jak to u mnie z tossem, czyli porażka. Nie ma się co rozpisywać. Harrosław się starał, złapał chyba dwa dyski, reszty nie złapał i wcale mu się nie dziwię. Oddawał jak na niego pięknie, lepiej niż we Wrocławiu, jednak dzięki mnie wiele to nie pomogło. Jedyny zacny rzut został chyba uwieczniony na zdjęciu poniżej :-) W ostatecznej klasyfikacji spadliśmy więc gdzieś na szary koniec.


Za to dogdiving poszedł całkiem fajnie. W porównaniu z zeszłym rokiem zmieniliśmy taktykę i ja byłam trzymaczem-napędzaczem, a mąż rzucaczem :-) Ponieważ nawet piłką rzucam średnio, Harrosław zawsze pewniej biegnie jak rzuca mu pan. Zaowocowało to najdłuższym skokiem na 6,55 metra. Poprawił swoją życiówkę o 25 cm i ostatecznie uklasował się na ósmej pozycji.



Atmosfera, jak zawsze była przednia. Wielu znajomych, których dawno nie widziałam. Kupa śmiechu, rozmów, dopingowania. To wszystko jest tak samo ważne, jeśli nie ważniejsze niż starty, nagrody, puchary.
Poznań dał nam dużo, mimo niezbyt udanego występu. Uświadomiłam sobie że czas wziąć się do pracy. Postawić sobie nowe cele. Harry puszcza - nasz największy potwór odszedł i mam nadzieję, że nigdy nie wróci. Nie ma już tłumaczenia się, musimy ambitniej podejść do sprawy. I nie chodzi o miejsca na podium (na to nie liczę), ale o pokazanie że mój zdolny pies potrafi o wiele więcej niż przeze mnie był w stanie pokazać. Jeszce zobaczycie na co nas stać! :-)

niedziela, 7 czerwca 2015

WrocLOVE, LOVE, LOVE i jeszcze raz LOVE!

   Tak, tak, dawno nas tu nie było. Ostatni wpis dokonany przeze mnie niemal rok temu, dotyczył jakże niefortunnego debiutu na DCDC Poznań. Po Poznaniu postanowiłam nie załamywać się i wystąpić jeszcze w Sopocie. Zrealizował się jednak najczarniejszy scenariusz i Harrosław zafundował mi powtórkę z rozrywki. Tak jak i w Poznaniu postanowił zaprezentować wszystkim jak silne ma szczęki i na tym nasz występ się skończył. Skłamała bym pisząc, że spłynęło to po mnie jak woda po kaczce. Załamałam się nieco i nie miałam ochoty opisywać kolejnej porażki.
Minęło jednak trochę czasu, pozytywne nastawienie wróciło. Wróciła też ochota na zaprezentowanie szerszej publiczności naszych umiejętności. W końcu jak człowiek coś kocha i czemuś poświęca znaczną część swej codzienności to chce zostać doceniony i chce żeby jego jakże zdolny i piękny pies również został doceniony, a nie zapamiętany tylko jako "ten co nie puszcza".
Przez ten rok od ostatnich zawodów nadal trenowaliśmy i uczestniczyliśmy we frisbowych seminariach. Wczesną wiosną tego roku borykaliśmy się z pewnymi problemami ortopedycznymi Harrosława, które wykluczyły nas na czas jakiś z treningów. Do pełnej sprawności powróciliśmy z początkiem maja i wtedy też zapadła decyzja o starcie w zawodach. Pierwszym realnym terminem wydawał się Poznań i tam też mieliśmy wystąpić. Wrocławia nie braliśmy pod uwagę dopóki nie pozmieniały mi się plany. Czasem tak bywa, że życie podejmuje pewne decyzje za nas i tak było w tym przypadku... tak chyba miało być! O starcie na DCDC Wrocław zdecydowałam na niecałe dwa tygodnie przed terminem zawodów. Na szybko posklejałam jakiś freestyle z tego z czego dało radę. Na przećwiczenie tossa nie było już czasu, choć mogłam to zrobić już dawno, dawno temu.
Ostatnie dwa treningi przed zawodami były totalną katastrofą. Chyba nałożyłam na mojego piesełka zbyt wielką presję, przerażona małą ilością czasu jaka nam została. W rezultacie czego nie łapał zupełnie nic! Nie wspominając już o tym, że ani razu nie udało nam się przećwiczyć układu w całości. Na kilka dni przed Wrocławiem zrobiliśmy przerwę od treningów, stwierdzając że będzie co ma być ... i było cudnie!
Startowaliśmy jako zespół no 5, czyli dość wcześnie. Przy silnym dopingu grona znajomych wyszliśmy na pole. Serce mi waliło, a ręce się trzęsły. W głowie kołatała tylko jedna myśl "proszę puszczaj". Dałam znak i zaczęła grać muzyka. Udany wstęp, choć Harrosław się trochę zakręcił. Jeden overek, drugi, jakiś tam rzut i pieseł przybiegł z dyskiem w paszczy. Chwila zawahania w jego oczach "puścić czy nie?" Trwało to może kilkanaście sekund, przerażających sekund! Starałam się zachować spokój. Wiedziałam, że jak spanikuję, zdenerwuję się to będzie już klops. Harry zamachał ogonkiem i puścił! Dalej popłynęliśmy już na różowej fali szczęścia! Czegoś tam się zapomniało, coś trochę pogmatwało, ale ogólnie cud, miód i orzeszki. Mój zdolny Harry łapał praktycznie wszystko! Zaczęło się odliczanie do końca czasu, złapałam piesa na ręce i zeszłam z pola szczęśliwa jak nigdy! Nie mogłam przestać się uśmiechać, kochałam wszystkich i wszystko dookoła a oczywiście najbardziej mojego wspaniałego Harrosława!


Nie oczekiwałam już niczego więcej. Nasz plan został spełniony, a jak się okazało po zakończonej rundzie free, nawet w 200%. Nasz freestajl zajął jakże zacne szóste miejsce! Nie spodziewałam się tak wysokiej punktacji i byłam jeszcze szczęśliwsza!
Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie sknociła wszystkiego jakże kiepskimi rzutami na tossie. Zepchnęło nas to, o ile pamiętam, na miejsce 14. Mimo to banan na twarzy utrzymywał się jeszcze jakieś 4 dni :-)
Planujemy starty w kolejnych zawodach. Teraz już z dużo pozytywniejszym nastawieniem.
A jakby ktoś jeszcze nie widział, i dla potomnych link do naszych tęczowych pląsów:
https://www.youtube.com/watch?v=qwqKFi-iD7E&feature=youtu.be


Piękne zdjęcia w wykonaniu:
Ewa Kaczmarek
Martyna Rybak

piątek, 20 czerwca 2014

DCDC Poznań czyli debiut o którym chcę zapomnieć

  Długo zabierałam się do napisania tego posta. Wcale nie z lenistwa czy braku czasu.
Początkowo próbowałam wymazać wspomnienie naszego występu z pamięci, ale żeby uczyć się na błędach trzeba o nich pamiętać.
Kto widział ten wie, kto nie widział to dobrze - nie było na co patrzeć. Nasz debiutowy freestyle był totalną porażką. Trzy dni po zawodach przechodziła mi złość. Tak, byłam zła na Harrosława choć wiem, że nie zrobił tego specjalnie. Spodziewałam się różnych scenariuszy, ale nie takiego.
Zaczęliśmy całkiem nieźle, krótki wstęp, dwa ładne overki a potem ... totalna klapa. Harrison uparł się, ze nie wypuści dysku z pyska i wcale nie chodzi o to że nie chciał mi go oddać, w ogóle nie chciała go wypuścić. Nigdy, przenigdy nie miał problemu z puszczaniem na odległość ... NIGDY.... aż do naszego debiutu. Na filmiku, który nagrał mąż, widać że po overku wypuścił na sekundę dysk na ziemię po czym nie wiem dlaczego podniósł go i już nie chciał puścić. Robiłam wszystko co mogłam, ale zwoje mózgowe mojego psa przegrzały się tak bardzo że nic nie działało. Pamiętam taki moment gdy spojrzałam na niego i widziałam ten amok w oczach. Wyglądał jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego że ma dysk w ryju i pytał spojrzeniem "czego ty babo ode mnie chcesz?"
W końcu, jakimś cudem rozluźnił szczęki dzięki czemu udało się nam zrobić jeszcze ładne flipy i jakieś koślawe dookoła świata o ile dobrze pamiętam... i znowu to samo! Dysk utkwił mu w paszczy i tak już zostało do końca naszego występu. Trwało to wszystko łącznie dwie minuty, ale mi czas ciągnął się okrutnie. Targały mną różne emocje i szczerze mówiąc ledwo się powstrzymałam żeby nie ryknąć na mojego pieseła.
Analizując całą sytuację już na spokojnie doszłam do wniosku, że było kilka czynników wywołujących ten dziwny stan psychiczny u mojego kundla. Przyczyniły się na pewno warunki w jakich na treningach nie mamy okazji występować (publiczność, głośna muzyka itd.) ale głównym czynnikiem były moje nerwy. Harry jest bardzo wrażliwy na moje emocje, zdecydowanie za bardzo. Mój stres dał mu się na tyle we znaki, że zakręcił się totalnie. Na pewno zrobiłam ten błąd że nie zapoznałam go z całą sytuacją przed występem. Co do stresu to nie byłam w stanie zbyt wiele na to poradzić. Planujemy kolejne zawody, tym razem jednak nie mam żadnych oczekiwań. Po Poznaniu jestem gotowa na wszystko!
Na pocieszenie Harrosław pięknie spisał się na dog divingu. Co prawda zakończył występ w pół finałach, tak ja w zeszłym roku. W porównaniu do zeszłego roku jednak jego najdłuższy skok był o pół metra dłuższy. No i mamy kilka bardzo zacnych fotek :-)




Piękne fotki dzięki: www.fotografiapodpsem.pl oraz k9action.eu

wtorek, 20 maja 2014

Praga po psiemu

Jakiś czas temu mój tata, który na emeryturze postanowił trochę pozwiedzać, zaprosił nas na wspólny wyjazd do Pragi. Oczywiście od razu pojawiło się pytanie: co z Harrym? Ponieważ to właśnie u moich rodziców zostawiałam go kilka razy kiedy musiałam gdzieś wyjechać pojawił się problem. Jak dla mnie istniało tylko jedno rozwiązanie: Harry jedzie z nami! Hotel był już zarezerwowany. Musiałam więc dowiedzieć się czy akceptują psy. Okazało się, że owszem za dodatkową opłatą, jednak niezbyt wysoką - 130 czk.
W dniu wyjazdu zapakowaliśmy więc Harrosława do klateczki i ruszyliśmy w drogę.
Praga przywitała nas deszczem, a na domiar złego okazało się że hotel wcale nie jest usytuowany w stolicy Czech, a całe 13 km dalej. Resztę dnia spędziliśmy więc zwiedzając Horomerice (zajęło nam to jakieś 30 minut ) i stołując się w hotelu. Ponieważ Harry nie lubi spędzać czasu sam, szczególnie w nowych miejscach, za zgodą personelu spędzał go z nami w restauracji. Pozytywne zaskoczenie!
Następnego dnia całą ekipą ruszyliśmy na zwiedzanie. Najpierw jednak musieliśmy dotrzeć do samej Pragi. Harrosław jak do tej pory jechał dwa razy w życiu tramwajem i to na tyle jego przygód z komunikacją publiczną. Teraz czekała go wycieczka autobusem oraz metrem,i z powrotem w ten sam sposób. Bilety kupowałam w autobusie u kierowcy (na całą trasę: autobus+metro). Na migi wskazałam, że cztery sztuki plus pies. Pies mały nie jest i kierowca z pewnością go widział jednak bilety wydał cztery. Zakupiony przeze mnie na tą okazję kaganiec zaległ w mojej torebce i tam już pozostał. Podróż autobusem Harry zniósł dobrze. W metrze jednak było strasznie. Zestresował się bidak tym hałasem, ale dał radę i z pomocą pańci wyszedł z tego cało :-)


Dotarliśmy do stacji w centrum i zaczęliśmy zwiedzać. Łaziliśmy tak sobie pół dnia, dopóki znów nie zaczęło lać. Udało nam się jednak zobaczyć całkiem spory kawałek pięknej Pragi.



Oczywiście do atrakcji typu katedra, muzeum czy zamek nie mieliśmy z Harrosławem wstępu, ale o tym nawet nie śniłam. Poza tym poruszaliśmy się po mieście bez żadnych problemów.
Harry z początku trochę zdezorientowany ilością ludzi dookoła po krótkim czasie przyzwyczaił się do gwaru. Bardzo mu pasowało, że co chwila ktoś się do niego uśmiechał, cmokał, głaskał go. Nie spotkaliśmy się z żadnymi niemiłymi komentarzami czy  wzgardliwymi spojrzeniami, wręcz przeciwnie.


W końcu rozbolały nas nogi i postanowiliśmy usiąść w ogródku jednej z restauracyjek. Również nie było problemu. Harry spróbował czeskich knedliczków, a potem zmęczony zasnął pod stołem.
Na następny dzień zrobiliśmy sobie małą powtórkę z rozrywki i pospacerowaliśmy jeszcze trochę uliczkami starej Pragi.
Trochę zmęczeni, ale zadowoleni ruszyliśmy w drogę powrotną do domu zahaczając jeszcze o Harrachov i Szklarską Porębę.
Myślę, że Harrosław był bardzo zadowolony z możliwości zwiedzenia Pragi, a pewnie najbardziej z tego że był cały czas z nami!


wtorek, 6 maja 2014

Majówki czas!

Długi majówkowy weekend spędziliśmy gdzie? A jakże by inaczej, w Annówce!
Ah, słynne już Annówkowe majówki z latającymi deklami. Czekałam z niecierpliwością na ten czas, a przynajmniej dopóki Harrosław nie uszkodził sobie palca wyskakując z auta. Tak właśnie, pech chciał że na jakieś dwa tygodnie przed wyjazdem doznał urazu palca co wkluczyło go z trenowania na co najmniej miesiąc. Wyjazd był już od dawna zaplanowany i opłacony więc pojechaliśmy tak czy siak, w sumie nie mieliśmy innych planów majówkowych.
Pomimo tych przeciwności i pomimo nie najlepszej pogody był to bardzo udany pobyt.
Niepełnosprawnego Harrosława w terningach zastąpiła bardzo ważna psia persona - matka Włóczka!
Jaka ja byłam zestresowana wychodząc z nią na pierwszy trening! Bałam się, że uszkodzę albo popsuję taką osobistość! :-) Wszystko jednak było dobrze, ćwiczyło nam się całkiem przyjemnie choć ... hmm inaczej. Zupełnie inaczej. Do tej pory ćwiczyłam tylko z własnym psem i podświadomie rzucałam Wenie tak jak rzucam Harremu na treningach. Tyle, że Wena to nie Harry i musiałam się trochę dostosować. Szybko jednak się dogadałyśmy i połączyła nas wyjątkowa więź :-P. Wyszło nam kilka pięknych voltów i całkiem ładnych flipów (rzucanych lewą ręką!) o tossie za dużo nie będę pisać bo nie warto ;-)


W każdym razie było to dla mnie fajne doświadczenie, za co dziękuję Pauli.
Podczas ćwiczeń bez psów rzuty szły mi o wiele lepiej co napawa mnie nadzieją na przyszłość. Rzucam stabilniej, dalej i bardziej przewidywalnie niż kilka miesięcy temu. Muszę teraz dołożyć do tego psa i będzie super.
Co do Harrosława; w momentach w których pogoda na to pozwalała zażywał kąpieli w jeziorze. Poza tym chodził na spokojne spacerki i cieszył się towarzystwem dwóch trikolorowych suczek w pokoju :-) Cierpiał i był smutny kiedy słyszał że wszystkie inne pieski idą trenować, ale myślę że jeszcze kilka dni i powoli będzie wracał do sportu. Za jakiś czas będziemy pilnie ćwiczyć volty, a ja będę się starać nie rzucać overów nad stopą.
Atmosfera była cudowna, pośmialiśmy się , pogadaliśmy, poćwiczyliśmy i sporo nauczyliśmy.
To do następnej frisbówki, tym razem już z Harrosławem w roli głównej (mam nadzieję).



poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Niesamowity Paco!

Za nami seminarium które na długo pozostanie w mojej pamięci, z kilku powodów.
Pierwszy i najważniejszy - prowadzący, Paco Lobo.
To co wyczynia ze swoim ciałem jest niesamowite. Patrząc na jego ruchy ma się wrażenie, że ani grawitacja, ani żadne inne siły nie ograniczają go w żaden sposób. Widać lata pracy jaką włożył w to by tak się poruszać. Świetnie wplata elementy brakedance w układy freestajlowe, a raczej je nimi wypełnia. Jestem pełna podziwu dla jego determinacji. Paco w dużej mierze jest samoukiem, co dowodzi że można jeśli tylko wystarczająco się chce, i jeśli zamiast szukać kolejnej wymówki po prostu dąży się do celu ćwicząc, ćwicząc, ćwicząc ... i tak milion razy :-)


Poza tym Paco to po prostu bardzo sympatyczny, zabawny młody człowiek. Myślę, że wszyscy uczestnicy semi czuli się w jego towarzystwie bardzo dobrze i swobodnie mimo bariery językowej, mam nadzieję że on podobnie czuł się z nami.
Widać, że czerpie ogromną przyjemność z pracy ze swoją suczką Cleo i świetnie się ze sobą oboje dogadują. Po prostu niesamowity team!

Po drugie - uczestnicy i atmosfera
Atmosfera, co tu dużo mówić, jak zawsze w Annówce -przednia!
Uczestnicy dopisali. Zarówno pierwszego jak i drugiego dnia było nas całkiem sporo. Świetnie się razem ćwiczyło. Humory dopisywały w związku z czym było sporo śmiechu.




Myślę, że na długo zapamiętam też to czego się nauczyłam. Takich wygibasów nie robiłam od czasów podstawówki o czym do dziś przypominają mi obolałe mięśnie nogi i brzucha! Nasuwa więc pierwsze spostrzeżenie, trzeba popracować nad sobą! Kondycja i koordynacja do poprawki.


Spostrzeżenie numer dwa - bez pracy nie ma kołaczy. Paco wciąż powtarzał, że jeden trick ćwiczył miliony razy zanim go opanował. Niestety nie ogarnie się tego po dwóch dniach seminarium. Potrzebne są lata pracy.
         
 Z Harrym ćwiczyłam tylko pierwszego dnia, drugi spędziłam jako obserwator.
Harrosław jak zwykle zaprezentował przed wszystkimi swą najdoskonalszą umiejętność czyli nie puszczanie dysku :-)


A na poważnie to dostałam kilka cennych rad co do overków. Muszę popracować nad spinem i nad timingiem. Wyszło nam całkiem zacne dookoła świata i nieco mniej zacny zyg-zak którego nigdy wcześniej nie robiliśmy.


 Najpiękniejszy! :-D
zdjęcie: http://www.psiawiara.pl/

Podsumowując, było super! Szczerze polecam! Jeśli Paco zawita jeszcze do Polski ja się tam pojawię :-) Chociażby po to by popatrzeć na jego pracę!

wtorek, 8 kwietnia 2014

Annówkowe zawody i semi z Moniką

Dopiero teraz zabrałam się za napisanie tej notki bo dawno nie byłam tak padnięta po powrocie z seminarium. Odsypiałam wczoraj i jeszcze dzisiaj po południu :-)
 Sobotę rozpoczęły zawody w których wystartowaliśmy dla czystej przyjemności, wiedząc że bez zrobionych stref  nie osiągniemy zbyt wiele. Były to nasze pierwsze zawody i co zaskoczyło mnie najbardziej to to, że zupełnie nie czułam stresu. Może ze względu na przewidzianego z góry disa, może na miejsce i atmosferę. W każdym razie chwalić się czym nie ma, ale było zabawnie i przyjemnie.
Następnie, już w uszczuplonym składzie, zaczęliśmy seminarium z Moniką.
Szczerze mówiąc miałam problemy z samym zapamiętaniem torów, nie wspominając o ich przebiegnięciu w całości. Był to wysoki poziom, a ja czułam że reprezentuję biedę :-)
Mimo to jakoś daliśmy radę, a ja bardzo dużo wyniosłam z tych skomplikowanych przebiegów.  Dowiedziałam się mnóstwa nowych rzeczy, dostałam kilka zadań domowych i zostałam wyciągnięta z kilku mylnych przekonań jak np. "mój pies potrafi ciasne zakręty". Otóż nie, a na pewno nie takie jakie umieć powinien.


Seminarium dało mi dużo do myślenia, przepraszam , Monika dała mi dużo do myślenia ;-)
Wróciłam zmęczona, ale pozytywnie zmęczona.
Dalej będziemy z Harrosławem ćwiczyć hopeczki i nie poddawać się. Do perfekcji nam jeszcze bardzo daleko, szczerze mówiąc to w tym składzie jej pewnie nie osiągniemy. Lecz mój wariat kocha hopeczki, a ja kocham mojego wariata :-)


Zdjęcia autorstwa: Gabriela Weksej

niedziela, 9 lutego 2014

Jestem sportowcem o sokolim wzroku ;-)

Dziś Harrosław miał dość stresujący dzień. Mimo pięknej, słonecznej pogody idealnej do spacerowania zapakowaliśmy go do samochodu i ruszyliśmy do Szczecina. Celem naszej wyprawy był gabinet weterynaryjny, w którym czekały Harrego badania.
Już jakiś czas temu postanowiłam przebadać serce i oczy mojego pupila. Zupełnie profilaktycznie, bez żadnej konkretnej przyczyny. Mimo, że nigdy nie zauważyłam nic niepokojącego, nic co mogłoby wzbudzić moje podejrzenia. W związku z tym nie stresowałam się za bardzo, byłam wręcz przekonana że wszystko będzie w porządku (albo może wmawiałam to sobie :-) ).
Na pierwszy ogień poszły Harosławowe oczy. Ku mojej wielkiej radości lekarz pochwalił paczałki Harrego. Pozaglądał z każdej strony, powyciągał trzecią powiekę (co wyglądało dość niefajnie), zmierzył ciśnienie, wkropił krople od których oczy zzieleniały :-) Okazało się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Ciśnienie idealne, żadnych zmian czy grudek, żadnych nie tak rosnących rzęs itd.
Następnie pani doktor wzięła się za sprawdzanie serduszka. No i tutaj mam troszkę mieszane uczucia. Niby wszystko jest ok. Dostaliśmy zapewnienie, że Harry nadal może trenować i hasać jak do tej pory. Jednak nie jest w 100% idealnie. Przytoczę tu może wynik badania.
Opis badania echokardiograficznego: Serce bez większych zmian. Śladowa, nieistotna klinicznie niedomykalność zastawki dwudzielnej. Wielkość jam serca jak dla psa +/- 35 kg, jednak pies pracujący. Brak innych zmian.
Rozpoznanie: Brak istotnych zmian - serce sportowca.

Niby nic istotnego, niby nie ma czym się martwić a ja jednak się martwię. Może muszę jeszcze przyswoić tę informację bo nie do końca tego się spodziewałam.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Postanowienie


Postanowienie co prawda nie noworoczne, a podjęte po weekendzie adżilitkowania.
Biorę wszem i wobec wszystkich za świadków (gdyż w spełnianiu postanowień nigdy dobra nie byłam) i ogłaszam iż postanawiam zrobić z Harosławem strefki w czasie jak najkrótszym jak to dla nas możliwe.
Postanowienie to wynika z chęci nie bycia już mniej niż zerem ;-), jak również z tego by doprowadzić do końca coś za co się wzięłam.
Etap pierwszy został już poczyniony. Ponieważ pan Harrosław ma świetnie opanowane włażenie tylnymi łapami na ... wszystko i trwanie w tej pozycji jak długo się da, zakupiona została przeze mnie deska (w sumie to półka) na której ćwiczymy sobie etap kolejny. Włazi sobie Harrosław na ową deskę to z prawa, to z lewa i zatrzymuje w wyżej wspomnianej pozycji w odpowiednim momencie, aż do zwolnienia. Wychodzi mu to całkiem przyzwoicie. Lepiej nawet niż się spodziewałam. Jedynym problemem jest deska sama w sobie, która okazała się trochę za śliska. Stoi więc teraz pomalowana farbą i obsypana piachem i schnie. Co z tego wyjdzie zobaczymy. Mam nadzieję, ze anty -poślizg się sprawdzi.
Polecana mi była przez pewne osobistości deska do prasowania, jednak z/w na metalowe części wydające przerażające dźwięki, odpadła w przedbiegach.
Co dziwne, przy pierwszym kontakcie z hałasującą huśtawką, strachliwy Harrosław był wyjątkowo odważny.
Reasumując, póki co będziemy pogłębiać nasze umiejętności na desce (jak już wyschnie) a w najbliższej przyszłości śmigać strefki jak ta lala!


wtorek, 26 listopada 2013

Sytuacje

Uwielbiam takie sytuacje...
W związku z dzisiejszą piękną pogodą i mniejszym natłokiem pracy niż zwykle postanowiłam wybrać się z Harrosławem na mały trening frisbee.
Niedaleko naszego miejsca zamieszkania znajduje się boisko. W sumie powinnam napisać, że kiedyś pewnie było boiskiem. Teraz służy za teren spacerowy dla właścicieli i ich czworonogów mieszkających w okolicy. Mimo to uczęszczamy tam dość regularnie gdyż to jedyny równy, niezadrzewiony i oddalony od ulicy kawałek gruntu jaki się znajduje w dogodnej odległości.
  Już kiedy zbliżałam się do owego byłego boiska zauważyłam hasającego sobie luzem psa.
Ponieważ Harry miłością do innych samców nie pała, a ja nie byłam w stanie rozróżnić płci z tej odległości, stwierdziłam że zrobię rundkę dookoła boiska i poczekam aż teren będzie czysty.
Decyzja ta była słuszna. Pies okazał się psem nie suką, jego właściciel zaś dziadkiem o lasce, którego czas reakcji w razie "W" byłby pewnie niezadowalający. Piesek średnio odwoływalny i podbiegający do wszystkiego co w zasięgu jego wzroku wydało się interesujące. Na szczęście przestał zwracać na nas uwagę gdyż na horyzoncie pojawiła się suczka.
Oddaliliśmy się więc nieco i przycupnęliśmy na ławeczce w parku obok żeby przeczekać. Po kilku minutach znów moim oczom ukazał się ten sam pies zmierzający w naszym kierunku. Znów tyłek w troki i spokojnie oddalamy się w przeciwnym kierunku. Tym razem niestety nic to nie dało. Harry cały czas zapięty na smycz trochę się zdenerwował naruszeniem naszej przestrzeni osobistej, no i się zaczęło. Warczą na siebie nawzajem, ja próbuję nie dopuścić do "szczękoczynów", a dziadek siada sobie na ławeczce i woła pieska. Za dziesiątym razem zareagował. Dodam jeszcze, że pieseczek był dwa razy taki jak przeciętny border i warczał też na mnie jak próbowałam go odgonić.
  Starając się jednak nie tracić dobrego humoru udaliśmy się w końcu zrealizować nasze plany treningowe. Mała rozgrzewka, rozciąganie, kilka rzutów po których zbieram dyski. Harry leży w miejscu i czeka na mój kolejny ruch. Pochylam się żeby podnieść ostatni dysk, podnoszę głowę do góry i co widzę? Tak! Znajomego już czarnego pieseczeka podążającego w kierunku  leżącego Harrosława.  Harry był tak skoncentrowany na mnie, że nawet nie zauważył co się dzieje. Podbiegłam i złapałam go (wciąż leżącego) za obrożę. I znów powtórka z rozrywki, rzucające się do siebie psy, ja w epicentrum, drugi właściciel 20 metrów dalej. W końcu pieseczek zrezygnował i się oddalił.
Wróciliśmy do treningu, ale praca mojego psa nie była już taka sama. Zdążyłam zrobić dwa overy i jednego flipa zanim moim oczom nie ukazał się znów TEN pies w towarzystwie dwóch innych, wszystkie kierujące się w naszą stronę. Zebrałam zabawki i poszłam do domu. Poziom mojego wkurzenia nie pozwalał i tak na kontynuację treningu, a i Harrosław był już mocno poirytowany.
Oczywiście nie była to pierwsza podobna sytuacja i niestety pewnie nie ostatnia, ale kretynizm tego właściciela wyjątkowo mnie rozdrażnił.
Staram się pracować z moim psem, żeby nauczył się kontrolować swoje zachowania. Niestety każda taka sytuacja cofa o  lata świetlne to co udało mi się osiągnąć.
Brak wyobraźni i odpowiedzialności co niektórych właścicieli psów rozwala mnie na łopatki.
Ciekawe co by było gdyby takiemu dziadkowi trafił się agresywny przypadek; zapewne nigdy w życiu nie pobiegał by sobie bez smyczy.


wtorek, 12 listopada 2013

Wspólne kroki przez dwa roki!

Dziś upływają dwa lata spędzone wspólnie z Harrosławem. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie do końca wiedziałam na co się piszę wioząc tą kudłatą kulkę do nowego domu. Moje oczekiwania były bardzo nieokreślone, doświadczenie zerowe, a wiedza minimalna.
Wybrałam sobie psa bo było niedaleko, bo akurat były wolne słodkie szczeniaczki, bo bordery "zawsze" mi się podobały i bo dogfrisbee tak fajnie wygląda.
Z początku nasza wspólna droga była usłana różami. Szczeniak rezolutny, wykazujący chęć do współpracy i kochający cały otaczający go świat. Uczęszczaliśmy do psiego przedszkola, ćwiczyliśmy, klikaliśmy, bawiliśmy się. Starałam się być osobą "nadającą się na właściciela border collie" - za bardzo. Zbyt dużą uwagę przywiązywałam do tego ile mój szczeniak potrafi zamiast skupić się na rzeczach naprawdę istotnych.

W miarę jak Harrosław rósł pojawiały się różnego rodzaju problemy i problemiki. Niestety ogromna część z nich była spowodowana moimi błędami. Pozostałe wynikały hmmm... z genów? Harry nadal kocha cały otaczający go świat ... z wyjątkiem innych psów. Jest zeschizowanym borderkiem , który boi się różnych rzeczy, dźwięków itp. Cierpi bardzo kiedy zostaje sam.
Kto nas poznał przy okazji seminariów bądź treningów ten wie, że słowa: puść i zostań nie docierają do Harosławowych uszu.


Już nie pamiętam dokładnie co myślałam sobie dwa lata temu, ale chyba wyobrażałam sobie to wszystko trochę inaczej. Oczami wyobraźni widziałam nas śmigających na zawodach agility albo freestajlujących na Cytadeli. Nie wzięłam pod uwagę tylko tego, że nawet najwybitniejszy pies potrzebuje dobrego przewodnika.
Rzeczywistość jest taka, że po torkach śmigamy sobie jak na razie dla własnej przyjemności, a nasz jedyny publiczny występ na DCDC zaowocował zaszczytnym przedostatnim miejscem.
Czy jestem rozczarowana? Absolutnie NIE! 
Czy gdybym mogła cofnąć czas o 24 miesiące to coś bym zmieniła? Oczywiście TAK!
Zmieniałbym wiele w swoim postępowaniu.
Czy aż tak zawiodłam swojego psa? Chyba NIE?!


Te dwa lata wspólnej drogi wiele mnie nauczyły, aż strach pomyśleć ile jeszcze się nauczę ;-)
Trafił mi się super pies. Mimo problemów, o których pisałam wcześniej, twierdzę że lepiej trafić nie mogłam. Tym bardziej biorąc pod uwagę że to był ślepy strzał. Strzał w dziesiątkę!


piątek, 4 października 2013

Pora nadrobić zaległości

Zaległości mamy ogromne! Na szczęście tylko na blogu bo tak poza tym idziemy cały czas do przodu.
Ostatnie miesiące były dla nas dość wyczerpujące. Sporo się dział. Trochę też odpoczywaliśmy na zasłużonym urlopie. W sumie nie wiem od czego zacząć bo już się pogubiłam w chronologii zdarzeń, ale postaram się od początku.
A więc jeszcze w trakcie wakacji  odlecieliśmy w kosmos z Martynką i Niuką na naszym pierwszym (mam nadzieję, że nie ostatnim) obozie Freexowym. Było bardzo pozytywnie, gorąco i wesoło.
Świetne i cierpliwe prowadzące. Duża dawka agilitowej wiedzy. Dopiero dziewczyny uświadomiły mi, że Harry powinien trochę bardziej skupiać uwagę na mnie podczas pokonywania przeszkód. Ku ogólnej uciesze cel dość szybko udało nam się zrealizować. Dzięki  :-)


    Do ukochanej Annówki powracaliśmy regularnie w ciągu ostatniego czasu (jak najbardziej mamy zamiar nadal powracać). Był weekendowy wypad, ot tak sobie. Była też Wrześniówka z Martą Parcewicz. Znów latające dekle opanowały Annówkowy plac. Pracowaliśmy nad naszymi umiejętnościami, szlifowaliśmy to co już kiedyś zostało nam pokazane. Harry jak zwykle dawał z siebie wszystko. Ja jak zwykle załamywałam się moim karykaturalnymi rzutami; nazwijmy to; dystansowymi. Ponoć wiara czyni cuda, a chcieć to móc więc się nie poddaję :-)


     Był też wyjazd nad morze. Zasłużony wypoczynek. Długie spacery po plaży, ganianie mew i pluskanie w morskich falach.


Ostatni weekend, zarazem ostatni naszego urlopu spędziliśmy na seminarium flyball z Darkiem Radmoskim. Gdzie? W Annówce! :-)  Szczerze powiedziawszy pojechaliśmy tam z czystej ciekawości. Nigdy wcześniej nic wspólnego z flyballem nie mieliśmy. Nie spodziewałam się żadnych wielkich osiągnięć; ot zobaczymy o co chodzi i od czego zacząć. Rzeczywistość zupełnie przerosła moje oczekiwania. Mimo, że seminarium trwało zaledwie dwa dni to Harrosław zdołał pokonać cały tor pobierając piłkę z boxu. Mój demon prędkości ma zadatki na flyballowego miszcza biegającego poniżej 4 sekund, i nie są to moje słowa, a samego Darka Radomskiego! ;-) Pękam z dumy!!! Teraz trzeba TYLKO zorganizować jakąś drużynę, zakupić sprzęt i potrenować co najmniej rok ;-) A tak poważnie mówiąc to niestety nie ma nigdzie w pobliżu działającej drużyny więc mam nadzieję, że coś się uda zorganizować.


Dużo pracy za nami, jeszcze więcej przed nami. I dobrze! :-)

sobota, 13 lipca 2013

Annówkowe frizbowanie

Notka nieco spóźniona, ale cóż; ponoć lepiej późno niż wcale.
Początek lipca upłynął nam pod znakiem latających talerzy w niezmiennie pięknych Annówkowych okolicznościach przyrody. Całe pięć, pozytywnie wyczerpujących dni treningowych.
Każdy poranek witaliśmy na placu podczas jakże kreatywnych rozgrzewek prowadzonych przez niezastąpioną w tej kwestii Paulę ;-) Po pożywnym śniadanku część dalsza wygibasów co by miały pomóc w opanowaniu przeróżnych technik rzutowych. Mnóstwo cennych wskazówek co do rzutów dystansowych, które mam nadzieję zaowocują lepszym niż 54 miejscem w następnych zawodach :-)
Pod okiem Pauli i mistrza Gubiszi zaczęliśmy kombinować jak tu zrobić ładne volty, ćwiczyliśmy overki, flipy i dog catche.



Dziewczyny chętnie dzieliły się swoją wiedzą za co bardzo dziękujemy!
Atmosfera była niesamowicie pozytywna od porannych rozgrzewek do ciepłych wieczorów na tarasie.
Dodatkowo miałam okazję podzielać nerwowe oczekiwanie na powrót Zuzy z porodówki. Pięć pięknych szczylków  Zuzannowo-Qsławowych pojawiło się na świecie właśnie podczas trwania obozu.
A na dokładkę tego wszystkiego realizacja sesji zdjęciowej, którą wylicytowałam na bazarku.
Poniżej kilka zacnych fotek: "Sesja w mechu leśnym by Paula Gumińska" ;-)




poniedziałek, 24 czerwca 2013

Sukcesy i porażki

DCDC Poznań 2013 - nasze pierwsze zawody w których wzięliśmy udział nie tylko jako publiczność czy jak kto woli loża szyderców ;-)
Od początku wiedziałam, że zgłoszę Harrosława jako miłośnika wszelakich zbiorników wodnych, od misek poczynając na morzu kończąc, do konkurencji Dog Diving. Jednak pomysł na występ w Pro Toss & Fetch pojawił się na jakieś trzy tygodnie przed datą zawodów. Trenować zaczęliśmy na tydzień przed. Zaowocowało to zaszczytnym 54 miejscem na 59 możliwych ;-)
Pierwsza runda była totalną porażką, oczywiście z mojej winy. Rzuty pozostawiały wieeele do życzenia jednak mój zdolny pieseczek złapał dwa z nich. Jeden niestety nie został zaliczony gdyż mniej zdolna Pancia przekroczyła linię! Zdobyliśmy całe 1,5 punkta. W drugiej rundzie szło mi już znacznie lepiej, ale ... no właśnie, ale Harrosław stwierdził na jakieś 40 sekund przed końcem rundy, że jest już zmęczony i nie będzie oddawał dekielka no bo przecież jak odda to będzie musiał znowu po niego biec co sił, jeszcze w tym upale! Mądre psisko ;-) Tak czy siak udało nam się tym razem uzbierać 4 punkty!



Znacznie lepiej wypadliśmy w Dog Divingu. Pierwszego dnia zastanawiałam się czy Harry będzie na tyle odważny i odda w ciągu trzech minut skok na minimum trzy metry. W końcu to jego pierwsze zawody, a i z basenem nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Różne myśli chodziły mi po głowie kiedy czekaliśmy na naszą kolej. Weszliśmy na rozbieg. Ja krzyczałam, Harrosław się rozpędzał po czym zatrzymał przed samym basenem, chwilkę pomyślał pięknie się wybił i hops. Wyłowiłam go z wody i gdzieś tam dobiegł mnie głoś, że skok zaliczony! W drugiej rundzie skoczył na 4,15 metra znów wybijając się z miejsca. Udało nam się wśliznąć do półfinałów wśród najlepszej piętnastki. Harry oddał trzy skoki, każdy kolejny lepszy o około 60 cm. Ostatni wykonał nie zatrzymując się przed wybiciem i osiągnął 5,95 metra. Dało mu to siódmą pozycję wśród półfinalistów. Do kolejnego etapu przechodziło jednak tylko pięć najlepszych psów. Na półfinałach więc skończyliśmy.
Jestem strasznie dumna z mojej małej wodnej torpedki!


Pojechaliśmy do Poznania zobaczyć jak to jest stanąć po tej drugiej stronie, ale przede wszystkim po to żeby dobrze się bawić. Ten cel jak najbardziej osiągnęliśmy! Atmosfera, ludzie, psy, organizacja; wszystko było na duży plus! Tak duży, że teraz zastanawiamy się nad Sopotem, ale na razie ciiii...

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Wesołe nowiny

Po dość długim czasie oczekiwania dziś w końcu wrócił do nas rodowód Harrosława z wpisanymi weń pięknymi słowami:
Stawy biodrowe: prawidłowe (A)
Stawy łokciowe: prawidłowe (0)

Mimo, że Poczta Polska nie spieszyła się zbytnio z dostarczeniem listu (z powodu czego zaczynałam już obgryzać paznokcie), a rodowód wygląda jak psu z gardła wyjęty mimo bąbelkowej koperty to i tak cieszę się ogromnie z wyników!


wtorek, 4 czerwca 2013

Kopniak w tyłek

Ostatni dłuuugi weekend spędziliśmy w ukochanej Annówce. Tym razem nie było jednak tylko miło, przyjemnie i wesoło (choć nadal w większości ;-) ). Dostałam przysłowiowego kopa w tyłek od prowadzącego seminarium Tomka.
Mała analiza tematu:
1. Mam pieseczka, który pięknie skacze, ma wrodzone zdolności, jest nastawiony na pracę z człekiem itp, itd.
2. Jestem ja; osoba dopiero zdobywająca doświadczenie w psich sportach, ba nawet w zwkłym szkoleniu, a do tego mająca naturalne zdolności do robienia wszystkiego "po łebkach".
3. Wynik jest taki: skaczemy sobie chopeczki bez takich podstaw jak zostawianie pieseczka w miejscu. Pieseczek wyprzedza Pańcię w swych agilitowych zdolnościach, a ponieważ jak to huragan prędkość ma zacną, Pańcia ma problemy z logicznym myśleniem w takim tempie.


Jak do tej pory hopsasaliśmy tak sobie udając, że nie jest tak źle, że przecież w końcu (w bliżej nieokreślonej przyszłości)  rozwiążemy te nasze "drobne problemy". Prawda jest taka, że jak zwykle znajdowałam 1001 wymówek żeby nie wziąć się za to za co po prostu nie chciało mi się wziąć.
Więc teraz mój drogi pieseczku back to basics: Harry zostań, Harry puść, Pańcia ogarnij się!


Nasze największe osiągnięcia na tym seminarium poza tym, że Pańcia przejrzała na oczy:
1. Harrosław zaczął puszczać piłkę. Jeszcze nie tą docelową na sznurku, jeszcze nie za każdym razem, ale jest postęp na dobry początek.
2. Tyczunie poszły o kilka centymetrów w górę co daje mi nieco więcej czasu na połapanie się w sytuacji.
3. Pańcia była w stanie zapamiętać cały torek ;-)
4. Pańcia zaczyna się ogarniać psychicznie jak i fizycznie.


Czas spędzony jak najbardziej korzystnie i pozytywnie.
Dzięki Marta za pogaduchy, jak zwykle pyszne jedzonko i domową atmosferę.
Dzięki uczestnikom za doborowe towarzystwo.
No i dzięki Tomek za tego kopa! ;-)


poniedziałek, 13 maja 2013

Czas najwyższy wziąć się do roboty

Trochę tu nie zaglądałam. W tym czasie zima w końcu pożegnała się na dobre ku uciesze mojej jak i Harosława. Słoneczko częściej zaczęło nas odwiedzać, a dni magicznie się wydłużyły.
Wyżej wymienione powody stały się odpowiednim pretekstem do częstszego ruszenia tyłka z kanapy.
Spacery, treningi, pływanie ... ale wszystko po kolei.
Majówka spędzona na łonie rodziny ;-) Hasanie po polach, zabawy na działce, pełen luz-bluz, sielanka!


Rozpoczęliśmy też sezon pływacki. Po cichu się przyznam, że trenujemy skoki do wody. Harry jeszcze o tym nie wie, ale pojawi się w tym roku w Poznaniu nie tylko w roli obserwatora. Będzie skakał do wody (taką mam nadzieję) przed trochę szerszą publicznością niż na co dzień. 
Na razie według mnie wykazuje naturalne predyspozycje, ale moje zdanie jest tak mało obiektywne jak tylko mogło by być :-)


No i wzięliśmy się do pracy nad naszym agilitowaniem. Ponieważ mój wspaniały pies również w tej dziedzinie przejawia wrodzone zdolności ;-) kontynuujemy naszą przygodę z tym sportem. Stwierdzić muszę, z pełnym zadowoleniem, że i ja coraz bardziej ogarniam całe to zamieszanie na torze.
Częściej zaglądamy na Jumpowe treningi w naszym mieście, a ostatnią sobotę mieliśmy przyjemność spędzic na seminarium z Marysią Pajzderską w Gralewie. Harry pokazał co potrafi, pięknie pracował i napawał mnie dumą ;-) Dostaliśmy dużo dobrych rad od Marysi, przemiłej i bardzo cierpliwej osoby.




Także zaczęło się dziać i na tym nie koniec! Przed nami dalsze plany. Wakacyjne wyjazdy, seminaria, obozy. W końcu czuję, że żyję! :-)